PASY STARTOWE (1976)
W przedziale drugiej klasy codziennego pociągu
spodziewałem się tej podróży
- kryła w sobie pierwotną czystość
nauczyłem się nawet odróżniać ją w tłumie innych
w pośpiechu łowiłem ostatnią intymność
skąd więc ten dziwny niepokój – gość po moim nagłym przebudzeniu
w przedziale drugiej klasy codziennego
pociągu
codziennej skłonności
do tej ostatniej kropli która wypływa ze wspólnego języka;
w środku drogi pozostały jeszcze słowa
przelicytowany stragan słów;
w boleśnie krótkich spazmach nauczyłem się liczyć na chwilę
na tę jedną wyrwaną z zamętu chwilę podczas której można oglądać się
od wewnątrz
bez uciążliwego miejscami patosu który utożsamia życie
z pędzącym pociągiem;
udzielono wprawdzie kilku uroczych wskazówek lecz losowanie
rozkładu jazdy odłożono na czas podróży ostatecznej;
znam swój punkt wyjściowy: nieistotne
daty i z czasem coraz częściej myślę
o dworcu
- tym sytuacyjnym;
zapala się zielone światło
więc próbuję uporządkować swoje-cudze sprawy: można łatwo pomylić się
w rachunku krzywd obiecanych;
proszę postawić pieczęć
tu
i tu
jeszcze podpis
- szykuję się do startu zielone światło mruga nagląco
więc podjąć decyzję
to znaczy
wyrzec się pełni;
kupuję znaczek pocztowy i sztandar młodych: kobieta w głębi uśmiecha się a ja
wstępuję na najwyższy stopień i słyszę wiatr
śpiewa mi prosto w ucho: trzeba umieć myśleć praktycznie;
zbiegam ze schodów i mechanicznie wypisuję nekrolog dla wdowy
z przeciwka: nie wytrzymała tego pulsu wewnętrznego – taka krucha;
po drugiej stronie ulicy kilka pięter i jestem u siebie czyli
w tym przypadkowym wycinku labiryntu
w tym ponurym mikrokosmosie
który materialnie próbuje mnie chronić
przed napływem niepomyślnych wiadomości
- podchodzę do telefonu wykręcam numer słucham horoskopu: tydzień
dręczących pytań
także przypadkowy flirt z codzienną troską – ma takie piękne podkrążone oczy
zapalam sporta
próbuję czytać dziennik stendhala: trzeba nad sobą panować
i rozgrzewać się stopniowo;
czekam w moim pokoju na zmianę ziemskiego klimatu
tymczasem temperatura jaźni wykazuje okresowe wahania – pośpiesznie
wsiadam do pociągu
(czyli skłonności)
gaszę światło – wyciągniętą ręką dotykam twarzy śpiącego
: więc tak wygląda pierwsze zadośćuczynienie;
1974
* * *
żyję w śliskim powietrzu
nie znam programu i nie wiem co jeszcze może się zdarzyć
moje krótkowidzące oczy dotykają sprzętów
potykają się o ściany
- nie jest jeszcze późno: mogę stać się całością przedmiotu
zmienić się w punkt widzenia
lub w punkt wyjścia
mogę marszczyć czoło spokojnie zasypiać lub czepiać się skąpego
skrawka myśli
wątku z zapomnianego filmu niemej epoki
mogę policzyć do stu
do stu tysięcy diabłów i z powrotem wyłożyć na wierzch
wszystkie nie wykorzystane bilety
i nie wykorzystane możliwości
nie sprawdzone horoskopy pozwolą wybaczyć
chwilę spiętrzonego świata moich grzechów
wciąż jeszcze jest wczesna pora: mogę przewidzieć każdy ruch mięśni
każdy przypływ i odpływ ciszy
mogę milczeć i powoli odzwyczajać się od słów
- stać się oczywistym
więc sprawiedliwym
jednak deszcz za oknem – październikowe preludium szukające ładu
wśród ciemności jest we mnie
dlatego boję się słów które mogą mnie określić
języka który może mnie zdradzić – obezwładnić
boję się
matowej żarówki
tej drżącej wiary otwierającej znużone powieki
- piętro wyżej kulawy fortepian sięga agonii od kilku godzin
kruchych jak płacz oseska
zużyte gamy spadają nieudolnie
są śmiertelne jak październikowe krople
jak lęk tej kobiety siedzącej naprzeciw
- nie znam programu
i nie wiem co jeszcze...
1975
W tym mieście białe są tylko hałaśliwie sunące cysterny z mlekiem
w tym przypadkowo napotkanym mieście
nawet podczas największych upałów asfalt nie rozgrzewa się
do białości
- białe są tylko hałaśliwie sunące cysterny z mlekiem
które o świcie budzą pierwszych robotników
i przerażonych sobą kochanków
z uwagi na oszczędność czasu
wszystkie zegary zgodnie milczą
najlepsi przyjaciele mijając się w przejściu
nie podają sobie rąk
- tutaj nie ma kobiet i mężczyzn: różnice zatarły się
z dnia na dzień
tutejsi obywatele przychodzą na świat jako pełnosprawni
przedstawiciele gatunku;
możesz wreszcie stanąć na obie nogi
wyprostować poglądy
zmienić zdanie
- przechodnie których spotykasz spowiadają się ze swoich marzeń
milczącym słupom ogłoszeniowym: rzadko osiągają cel więc wiją się
we wszystkich kierunkach
zatłoczonych ulic wpisani w obroty
własnej twarzy
wierzą w jedyną dostępną prawdę rozkładów jazdy
nie zadają zbędnych pytań;
w południe
gdy zaczyna brakować powietrza
możesz stać się nagle niewidzialnym – dla każdego;
ludzie uważnie nasłuchują rozpaczliwego krzyku swoich mieszkań
które coraz częściej stają się bólem powszednim
rosnącym w rytmie serca – jedynego funkcjonującego w tym mieście
zegara przed ostatecznym zawałem
oczekując dobrych nowin
składają swoje ciała w pośpiesznych przechowalniach
wydobytej na światło dzienne
zbiorowej niepewności;
możesz spokojnie przymykać oczy i zasypiać
z godnością właściwą wszystkim przybyszom: śnić będziesz
czyste ręce miasta
- możesz spokojnie przymykać oczy
1976
Tryptyk graniczny
1
wzdłuż głównej ulicy w głębokim zamyśleniu przechadza się bóg
pod jego każdym krokiem otwiera się przepaść
oglądając się
widzi
wpadających w nią przechodniów;
jest wyraźnie speszony;
2
ta sama ulica w kilka godzin później:
w zamyśleniu równym poprzedniemu bóg wraca stąpając cicho
po otwierających się z wnętrza przepaści dłoniach: słychać radosny
bulgot akceptujących westchnień
pełzają niezdarnie
po jego
miękkich stopach;
bóg jest coraz bardziej speszony
w pewnej chwili – widzę to przeraźliwie wyraźnie – otrząsa się
z obrzydzeniem;
3
stoi
w szerokim rozkroku
włosy w nieładzie;
po chwili wyjmuje z zanadrza garść popiołu
kładzie palec na ustach – sypie:
kamienie podnoszą się z klęczek;
1976
* * *
obserwuję przez chwilę twarz miasta
skrywaną pośpiesznie w znoszonym płaszczu godzin
pomiędzy palcami widzę nerwowe rzesze biesiadników gotujących się
do spożycia trującej hostii białego snu;
nie potrafię nabrać w usta kropli wzbierającego zrozumienia
gdy drżące niepokojem
budynki przymykają oczy
a moje ciało nie jest już moim ciałem w porach skóry unoszę zapach
spalin wypełniony grą czerwonych świateł;
histeryczny jęk syreny nagle prostuje plecy od czoła pojawiają się
ruchome schody wyobraźni: moje włosy tracą swój wymiar
i unoszą się ciężko
nad reklamą coca-coli:
w tym momencie dostrzegam jak miasto podcina sobie wskazówki żył
i jestem już pewien
że wśród napiętej arterii bełkocących pojazdów
przy budce z piwem
gdzie senni obywatele między starymi zmarszczkami liczą nowe nadzieje
obok śmietnika
w którym wije się w bólu wąż pożądania
na skrzyżowaniach ulic
i w podziemnych przejściach
jestem pewien
że w tym momencie nastąpił właściwy początek rzeczy: niebo stało się
bliskie i osiągalne
dotykałem niepewną ręką zmienionego repertuaru
zdarzeń
w uniesieniu deptałem ślady chwilowej gorączki i znalazłszy się nagle
na rogu ulicy stałem tam długo
nagi i słaby;
1976
To ulica dopada mnie w ciasnym kaftanie mieszkania
gdy wyjmuję nowego papierosa
wspinając się słowo po słowie na szczyt kiełkującego wiersza
gdy bębnię palcami po stole słyszę jej jednostajny zaśpiew
który odbiera mi apetyt
i dobre chęci
nie potrafię obronić się gdy jej oddech ściska mi skronie
a jej ciężka dłoń wgniata mnie coraz głębiej w palącą obręcz niepokoju
gdy staję przed lustrem
widzę jej drwiące spojrzenie
pod którym zaczynam się garbić
i powoli tracę równowagę
zataczając się otwieram okno i długo obserwuję brutalne ruchy jej ciała
gdy odurzony piję chciwie jej wszechobecny zapach czuję wyraźnie jej śliski dotyk
zamykam oczy
i wydaje mi się że jestem w jej pracowitym wnętrzu
gdy późną nocą z trudem zasypiam śnię że jestem coraz bliżej i bliżej
aż wbijam w jej serce ostry nóż nienawiści
gdy o świcie
z bólem w płucach
budzę się mokry od potu
ulica kopie mnie w brzuch
i uśmiecha się chytrze;
1976
Legendarna mgła
miasto jest cierpliwe
zna dokładnie każdy szczegół naszego rozkładu zajęć
senną chwiejność porannych kroków
smak pierwszego papierosa
i gorący strumień południa
w pocie czoła
uważnie nasłuchuje kilku bieżących uwag
znad popołudniowej kawy
z każdym zmierzchem wyrusza na podbój
naszych serc – tych nieustających gladiatorów
którzy knują spisek gdy my we śnie
- takie małe
wielkoduszne pomniki;
nocą miasto zamienia naszą krew
w trującą wodę
która szczelnie wypełnia tajne korytarze
naszych chorych myśli
i cierpliwie spływa
po bolesnych piersiach naszych płomiennych kobiet;
dlatego śnimy wciąż tę legendarną mgłę
która wchodzi przez drzwi naszych ust
zatrzymując się przez chwilę
na posiniałych wargach
- mgłę która wkrada nam się do płuc
i szarpie aortę snu;
1976
Pasy startowe
z okna mojego pokoju widać wyraźnie tę część układu zbiorowego
zamkniętego aortą ulic i podziemnych korytarzy których palce
uciskają nerwowo tchawicę ruchliwego centrum w którym od lat panuje gorączka astmy;
w moim pokoju
zbiegają się cierpliwie ukrywane skargi wszystkich mieszkańców
których nie usłyszy czujne ucho rejestratora zdarzeń
którym nie podoła kronikarski obowiązek
uzbrojony w ukrytą kamerę
i wzbierający zmierzchem blues starego ronda wdzięczącego się
chrapliwie halogenowym źrenicom
triumfalnych bożków;
w moim pokoju krzyżują się gasnące szepty i krzyki
tajemnych przejść kiedy w środku nocy zasypia ostatnie
czuwające oko fotokomórki
kiedy skwapliwie gaśnie ostatni papieros sennego
poławiacza przygód wdychającego ostatni skurcz
dworca głównego;
ściany mojego pokoju znają dobrze smak bolesnej pieśni wzlatującej
nad tym największym placem gier i zabaw – pieśni która pachnie benzyną
i codziennym potem
szybkobieżnych tramwajów;
w najbardziej odległych kątach mojego pokoju
w pyle tulącym wysłużone sprzęty
najtrwalej zapisał się przejmujący grozą chłód podmiejskich ogrodów;
mój pokój dobrze zna swoje obowiązki
podziwiam upór w jakim gromadzi w swoim
wnętrzu nieubłaganie rosnącą księgę strat
i zysków
które wkradają się z każdym zmierzchem
wypełzają cicho z każdej klatki mroku;
czasem
gdy nie mogę zasnąć
czuję jak mój wierny pokój drży z wysiłku
uginając się pod ciężkim ciałem śpiącego miasta
aż do chwili w której milknie ostatnie zwierzenie ślepego zaułka
ostatnie ciche ostrzeżenie starego ronda;
o świcie mój pokój – ten nieustający powiernik – kreśli pod drzwiami
przezroczyste linie pasów startowych
które przekraczam z lękiem;
1976
Usiłując potwierdzić swoje istnienie
w zwichniętej twarzy ulicy
w namacalnym policzku miasta
w dolinie oswojonego słowa i jęku tramwajów
które w zależności od potrzeb potrafią zmieniać kolor skóry
w trybunale udomowionych metafor poukładanych z krwi i kości
wśród przemytników serc
- tych którzy rano lub w południe zamiatają głodnym spojrzeniem
tłuste ulice
i wystawy sklepów
wieczorem spalają się w ekstazie opery
wśród podających rękę i podających dane o zużyciu wewnętrznym
oraz kryzysie w państwie
drobnoustrojów
podczas zebrań wśród głosujących
lub wstrzymujących się od głosu i od umęczonych warg
budzących się kobiet
podczas polowania na niedzielny wypoczynek w towarzystwie
pierwszej hostii
i coraz słabiej odwzajemnianej miłości
ponad słowami masowego zakazu
i nakazu
w przeddzień chłodnego sezonu
w trakcie rokowań
pod koniec pokojowej misji kissingera na bliskim wschodzie
w chwili proklamowania niepodległości w republice poetów
usiłując potwierdzić swoje istnienie spluwam krótko
i zdecydowanie
: powietrze wstrzymuje się na moment
przed zbiorowym samobójstwem;
1976
Niby wszystko w porządku
codziennie
mijając się w przejściu
wymieniamy bilety gestów
udając radosne zdziwienie rozpoznajemy nagle
przypadkowych przyjaciół
- nie jesteśmy sami: możemy po ciężkim dniu
spoczywać głęboko w sobie
aż do świtu czujemy swoją krew słyszymy szepty swojego głodu
nie podnosząc wzroku mówimy cicho: nasza prawda nie zmieniła
parametrów
i nadal pozostajemy tylko ruchomymi punktami
w kołyszącym się świecie;
1977

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna