wtorek, 5 maja 2020

PASY STARTOWE (1976)




W przedziale drugiej klasy codziennego pociągu



spodziewałem się tej podróży


- kryła w sobie pierwotną czystość


nauczyłem się nawet odróżniać ją w tłumie innych


w pośpiechu łowiłem ostatnią intymność


skąd więc ten dziwny niepokój – gość po moim nagłym przebudzeniu


w przedziale drugiej klasy codziennego


pociągu


codziennej skłonności


         do tej ostatniej kropli która wypływa ze wspólnego języka;


w środku drogi pozostały jeszcze słowa


przelicytowany stragan słów;


w boleśnie krótkich spazmach nauczyłem się liczyć na chwilę


na tę jedną wyrwaną z zamętu chwilę podczas której można oglądać się


od wewnątrz


bez uciążliwego miejscami patosu który utożsamia życie


z pędzącym pociągiem;


         udzielono wprawdzie kilku uroczych wskazówek lecz losowanie


rozkładu jazdy odłożono na czas podróży ostatecznej;


znam swój punkt wyjściowy: nieistotne


daty i z czasem coraz częściej myślę


o dworcu


- tym sytuacyjnym;


zapala się zielone światło


więc próbuję uporządkować swoje-cudze sprawy: można łatwo pomylić się


w rachunku krzywd obiecanych;


proszę postawić pieczęć


tu


i tu


jeszcze podpis


- szykuję się do startu zielone światło mruga nagląco


więc podjąć decyzję


to znaczy


wyrzec się pełni;


         kupuję znaczek pocztowy i sztandar młodych: kobieta w głębi uśmiecha się a ja


wstępuję na najwyższy stopień i słyszę wiatr


śpiewa mi prosto w ucho: trzeba umieć myśleć praktycznie;


zbiegam ze schodów i mechanicznie wypisuję nekrolog dla wdowy


z przeciwka: nie wytrzymała tego pulsu wewnętrznego – taka krucha;


         po drugiej stronie ulicy kilka pięter i jestem u siebie czyli


w tym przypadkowym wycinku labiryntu


w tym ponurym mikrokosmosie


który materialnie próbuje mnie chronić


przed napływem niepomyślnych wiadomości


- podchodzę do telefonu wykręcam numer słucham horoskopu: tydzień


dręczących pytań


także przypadkowy flirt z codzienną troską – ma takie piękne podkrążone oczy


zapalam sporta


próbuję czytać dziennik stendhala: trzeba nad sobą panować


i rozgrzewać się stopniowo;


         czekam w moim pokoju na zmianę ziemskiego klimatu


tymczasem temperatura jaźni wykazuje okresowe wahania – pośpiesznie


wsiadam do pociągu


(czyli skłonności)


gaszę światło – wyciągniętą ręką dotykam twarzy śpiącego


: więc tak wygląda pierwsze zadośćuczynienie;



1974





*      *      *



żyję w śliskim powietrzu


nie znam programu i nie wiem co jeszcze może się zdarzyć


moje krótkowidzące oczy dotykają sprzętów


potykają się o ściany


- nie jest jeszcze późno: mogę stać się całością przedmiotu


zmienić się w punkt widzenia


lub w punkt wyjścia


mogę marszczyć czoło spokojnie zasypiać lub czepiać się skąpego


skrawka myśli


wątku z zapomnianego filmu niemej epoki


mogę policzyć do stu


do stu tysięcy diabłów i z powrotem wyłożyć na wierzch


wszystkie nie wykorzystane bilety


i nie wykorzystane możliwości


nie sprawdzone horoskopy pozwolą wybaczyć


chwilę spiętrzonego świata moich grzechów


wciąż jeszcze jest wczesna pora: mogę przewidzieć każdy ruch mięśni


każdy przypływ i odpływ ciszy


mogę milczeć i powoli odzwyczajać się od słów


- stać się oczywistym


więc sprawiedliwym


jednak deszcz za oknem – październikowe preludium szukające ładu


wśród ciemności jest we mnie


dlatego boję się słów które mogą mnie określić


języka który może mnie zdradzić – obezwładnić


boję się


matowej żarówki


tej drżącej wiary otwierającej znużone powieki


- piętro wyżej kulawy fortepian sięga agonii od kilku godzin


kruchych jak płacz oseska


zużyte gamy spadają nieudolnie


są śmiertelne jak październikowe krople


jak lęk tej kobiety siedzącej naprzeciw


- nie znam programu


i nie wiem co jeszcze...






1975





W tym mieście białe są tylko hałaśliwie sunące cysterny z mlekiem




w tym przypadkowo napotkanym mieście


nawet podczas największych upałów asfalt nie rozgrzewa się


do białości


- białe są tylko hałaśliwie sunące cysterny z mlekiem


które o świcie budzą pierwszych robotników


i przerażonych sobą kochanków


z uwagi na oszczędność czasu


wszystkie zegary zgodnie milczą


najlepsi przyjaciele mijając się w przejściu


nie podają sobie rąk


- tutaj nie ma kobiet i mężczyzn: różnice zatarły się


z dnia na dzień


         tutejsi obywatele przychodzą na świat jako pełnosprawni


przedstawiciele gatunku;


możesz wreszcie stanąć na obie nogi


wyprostować poglądy


zmienić zdanie


- przechodnie których spotykasz spowiadają się ze swoich marzeń


milczącym słupom ogłoszeniowym: rzadko osiągają cel więc wiją się


we wszystkich kierunkach


zatłoczonych ulic wpisani w obroty


własnej twarzy


         wierzą w jedyną dostępną prawdę rozkładów jazdy


nie zadają zbędnych pytań;


w południe


gdy zaczyna brakować powietrza


możesz stać się nagle niewidzialnym – dla każdego;


ludzie uważnie nasłuchują rozpaczliwego krzyku swoich mieszkań


które coraz częściej stają się bólem powszednim


rosnącym w rytmie serca – jedynego funkcjonującego w tym mieście


zegara przed ostatecznym zawałem


oczekując dobrych nowin


         składają swoje ciała w pośpiesznych przechowalniach


wydobytej na światło dzienne


zbiorowej niepewności;


możesz spokojnie przymykać oczy i zasypiać


z godnością właściwą wszystkim przybyszom: śnić będziesz


czyste ręce miasta


- możesz spokojnie przymykać oczy




 1976






Tryptyk graniczny





1




wzdłuż głównej ulicy w głębokim zamyśleniu przechadza się bóg


pod jego każdym krokiem otwiera się przepaść


oglądając się


widzi


wpadających w nią przechodniów;


jest wyraźnie speszony;






2




ta sama ulica w kilka godzin później:




w zamyśleniu równym poprzedniemu bóg wraca stąpając cicho


po otwierających się z wnętrza przepaści dłoniach: słychać radosny


bulgot akceptujących westchnień


pełzają niezdarnie


po jego


miękkich stopach;


bóg jest coraz bardziej speszony


w pewnej chwili – widzę to przeraźliwie wyraźnie – otrząsa się


z obrzydzeniem;






3




stoi


w szerokim rozkroku


włosy w nieładzie;


po chwili wyjmuje z zanadrza garść popiołu


kładzie palec na ustach – sypie:


kamienie podnoszą się z klęczek;




1976






*      *      *



obserwuję przez chwilę twarz miasta


skrywaną pośpiesznie w znoszonym płaszczu godzin


pomiędzy palcami widzę nerwowe rzesze biesiadników gotujących się


do spożycia trującej hostii białego snu;


nie potrafię nabrać w usta kropli wzbierającego zrozumienia


gdy drżące niepokojem


budynki przymykają oczy


a moje ciało nie jest już moim ciałem w porach skóry unoszę zapach


spalin wypełniony grą czerwonych świateł;


         histeryczny jęk syreny nagle prostuje plecy od czoła pojawiają się


ruchome schody wyobraźni: moje włosy tracą swój wymiar


i unoszą się ciężko


nad reklamą coca-coli:


w tym momencie dostrzegam jak miasto podcina sobie wskazówki żył


i jestem już pewien


że wśród napiętej arterii bełkocących pojazdów


przy budce z piwem


gdzie senni obywatele między starymi zmarszczkami liczą nowe nadzieje


obok śmietnika


w którym wije się w bólu wąż pożądania


na skrzyżowaniach ulic


i w podziemnych przejściach


jestem pewien


że w tym momencie nastąpił właściwy początek rzeczy: niebo stało się


bliskie i osiągalne


dotykałem niepewną ręką zmienionego repertuaru


zdarzeń


w uniesieniu deptałem ślady chwilowej gorączki i znalazłszy się nagle


na rogu ulicy stałem tam długo


nagi i słaby;






1976







To ulica dopada mnie w ciasnym kaftanie mieszkania




gdy wyjmuję nowego papierosa


wspinając się słowo po słowie na szczyt kiełkującego wiersza


gdy bębnię palcami po stole słyszę jej jednostajny zaśpiew


który odbiera mi apetyt


i dobre chęci


nie potrafię obronić się gdy jej oddech ściska mi skronie


a jej ciężka dłoń wgniata mnie coraz głębiej w palącą obręcz niepokoju


gdy staję przed lustrem


widzę jej drwiące spojrzenie


pod którym zaczynam się garbić


i powoli tracę równowagę


zataczając się otwieram okno i długo obserwuję brutalne ruchy jej ciała


gdy odurzony piję chciwie jej wszechobecny zapach czuję wyraźnie jej śliski dotyk


zamykam oczy


i wydaje mi się że jestem w jej pracowitym wnętrzu


gdy późną nocą z trudem zasypiam śnię że jestem coraz bliżej i bliżej


aż wbijam w jej serce ostry nóż nienawiści


gdy o świcie


z bólem w płucach


budzę się mokry od potu


ulica kopie mnie w brzuch


i uśmiecha się chytrze;




1976






Legendarna mgła





miasto jest cierpliwe


zna dokładnie każdy szczegół naszego rozkładu zajęć


senną chwiejność porannych kroków


smak pierwszego papierosa


i gorący strumień południa


w pocie czoła


uważnie nasłuchuje kilku bieżących uwag


znad popołudniowej kawy


z każdym zmierzchem wyrusza na podbój


naszych serc – tych nieustających gladiatorów


którzy knują spisek gdy my we śnie


- takie małe


wielkoduszne pomniki;


nocą miasto zamienia naszą krew


w trującą wodę


która szczelnie wypełnia tajne korytarze


naszych chorych myśli


i cierpliwie spływa


po bolesnych piersiach naszych płomiennych kobiet;


dlatego śnimy wciąż tę legendarną mgłę


która wchodzi przez drzwi naszych ust


zatrzymując się przez chwilę


na posiniałych wargach


- mgłę która wkrada nam się do płuc


i szarpie aortę snu;




1976






Pasy startowe




z okna mojego pokoju widać wyraźnie tę część układu zbiorowego

zamkniętego aortą ulic i podziemnych korytarzy których palce


uciskają nerwowo tchawicę ruchliwego centrum w którym od lat panuje gorączka astmy;


w moim pokoju


zbiegają się cierpliwie ukrywane skargi wszystkich mieszkańców


których nie usłyszy czujne ucho rejestratora zdarzeń


którym nie podoła kronikarski obowiązek


uzbrojony w ukrytą kamerę


i wzbierający zmierzchem blues starego ronda wdzięczącego się


chrapliwie halogenowym źrenicom


triumfalnych bożków;


         w moim pokoju krzyżują się gasnące szepty i krzyki


         tajemnych przejść kiedy w środku nocy zasypia ostatnie


czuwające oko fotokomórki


kiedy skwapliwie gaśnie ostatni papieros sennego


poławiacza przygód wdychającego ostatni skurcz


dworca głównego;


ściany mojego pokoju znają dobrze smak bolesnej pieśni wzlatującej


nad tym największym placem gier i zabaw – pieśni która pachnie benzyną


i codziennym potem


szybkobieżnych tramwajów;


w najbardziej odległych kątach mojego pokoju


w pyle tulącym wysłużone sprzęty


najtrwalej zapisał się przejmujący grozą chłód podmiejskich ogrodów;


mój pokój dobrze zna swoje obowiązki


         podziwiam upór w jakim gromadzi w swoim


         wnętrzu nieubłaganie rosnącą księgę strat


         i zysków


         które wkradają się z każdym zmierzchem


wypełzają cicho z każdej klatki mroku;


         czasem


         gdy nie mogę zasnąć


         czuję jak mój wierny pokój drży z wysiłku


         uginając się pod ciężkim ciałem śpiącego miasta


aż do chwili w której milknie ostatnie zwierzenie ślepego zaułka


ostatnie ciche ostrzeżenie starego ronda;


o świcie mój pokój – ten nieustający powiernik – kreśli pod drzwiami


przezroczyste linie pasów startowych


które przekraczam z lękiem;




1976






Usiłując potwierdzić swoje istnienie



w zwichniętej twarzy ulicy

w namacalnym policzku miasta


w dolinie oswojonego słowa i jęku tramwajów


które w zależności od potrzeb potrafią zmieniać kolor skóry


w trybunale udomowionych metafor poukładanych z krwi i kości


         wśród przemytników serc


- tych którzy rano lub w południe zamiatają głodnym spojrzeniem


tłuste ulice


i wystawy sklepów


wieczorem spalają się w ekstazie opery


wśród podających rękę i podających dane o zużyciu wewnętrznym


oraz kryzysie w państwie


drobnoustrojów


podczas zebrań wśród głosujących


lub wstrzymujących się od głosu i od umęczonych warg


budzących się kobiet


podczas polowania na niedzielny wypoczynek w towarzystwie


pierwszej hostii


i coraz słabiej odwzajemnianej miłości


ponad słowami masowego zakazu


i nakazu


w przeddzień chłodnego sezonu


w trakcie rokowań


pod koniec pokojowej misji kissingera na bliskim wschodzie


w chwili proklamowania niepodległości w republice poetów


usiłując potwierdzić swoje istnienie spluwam krótko


i zdecydowanie


: powietrze wstrzymuje się na moment


przed zbiorowym samobójstwem;






1976






Niby wszystko w porządku





codziennie


mijając się w przejściu


wymieniamy bilety gestów


udając radosne zdziwienie rozpoznajemy nagle


przypadkowych przyjaciół


- nie jesteśmy sami: możemy po ciężkim dniu


spoczywać głęboko w sobie


aż do świtu czujemy swoją krew słyszymy szepty swojego głodu


nie podnosząc wzroku mówimy cicho: nasza prawda nie zmieniła


parametrów


i nadal pozostajemy tylko ruchomymi punktami


w kołyszącym się świecie;




 1977